"Gdy miło się szczęście, które się nie trafia: czyjeś ciało i ziemię całą, a zostanie tylko fotografia, to - to jest bardzo mało."
- M. Pawlikowska - Jasnorzewska.
Miałam dzisiaj napisać o czym zupełnie innym. Miało być miło i optymistycznie. Niestety, albo stety, miniony weekend zrodził we mnie refleksję na temat minionych lat i tego, co do niedawna było w moim życiu tematem tabu. Faceci.
Osobiście uważam, i tutaj pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą (na szczęście to mój blog i mogę pisać o czym tylko chcę), prawdziwie kochać można tylko raz. Wszystko co przychodzi później, to tylko marna imitacja miłości, próba zastąpienia pustki chwilowym uniesieniem, gonienie króliczka który już raz wymknął nam się z rąk.
Czy ja byłam kiedyś zakochana? Byłam. Czy to była prawdziwa miłość? Z mojej strony na pewno. Wspólne plany, marzenia, budowanie razem czegoś na fundamencie zaufania. Tak być powinno. Ale niestety nie było. Gdyby ktoś 2 lata temu powiedział mi, że owa "miłość" zamieni się w prawdziwy koszmar - byłabym skłonna zabić.
Nie chcę rozpisywać się tutaj na temat, który jest tak bardzo trudny, że aż boli. Mówi się, że czas leczy rany, ale blizny pozostają. I nie chcę robić z siebie teraz kobiety po przejściach, która dlatego, że nie wyszło jej z jakimś frajerem, użala się nad sobą i postanowiła do końca życia grać twardą i niedostępną.
Prób wejścia z kimś w bliską relację było ostatnimi czasy kilka. Wszystkie nieudane. I nie wiem czyja to wina. Być może moja, bo nie jestem w stanie zaufać na tyle, żeby całkowicie się ponieść uczuciu? Może trafiam na samych "trudnych" mężczyzn?
Doraźne zaspokajanie swoich wewnętrznych potrzeb mam opanowane do perfekcji. Po mistrzowsku wręcz owijam sobie wokół palca kogoś, na kim choć minimalnie mi zależy. Kogoś kto ma potencjał, żeby ze mną być. Ale w momencie, kiedy widzę, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli, kiedy robi się zbyt poważnie i bardzo serio, wycofuję się. Taki odruch bezwarunkowy.
To nie jest tak, że nie chcę. Gdzieś głęboko w środku... no dobra, gdzieś baaaardzo głęboko, tkwi we mnie marznie o stworzeniu normalnego, zdrowego związku. Ale wiecie co? Nic na siłę.
I tutaj sprytnie nawiążę do wspomnianego minionego weekendu. 2 imprezy rodzinne, 2 sytuacje, kiedy z uśmiechem na ustach musiałam tłumaczyć się, dlaczego tyle czasu jestem sama, dlaczego nie mam chłopaka i dlaczego raczej go mieć nie zamierzam. Przynajmniej na razie. Nie ma nic bardziej żenującego i upokarzającego, kiedy po raz setny starasz się udowodnić innym, że jest Ci dobrze tak jak jest. Że bycie z kimś to nie jest w tym momencie Twój życiowy cel. Jak to mówią: "Kiedy nic mi już w życiu nie wyjdzie, to wyjdę za mąż."
Nigdy nie mów nigdy. Jasne. Ale wolę opcję "tymczasowo niezainteresowana" niż "desperacko szukająca Księcia z bajki".
I jeszcze jedno - to irytujące stwierdzenie, że skoro ładna (kwestia gustu), mądra i sama, to znaczy, że na bank coś z nią jest nie tak. Żal...
Podsumowując - może to kwestia wrażliwości? Może szukanie dziury w całym? Jak do tej pory, poza tym jednym tragicznym w skutkach związku, nie było mi dane spotkać kogoś na tyle wartościowego, żebym była w stanie dzielić z Nim mój świat? Czy taki kiedyś będzie? Nie wiem. Ale jak tak sobie obserwuję co dzieje się wokoło, gdzie seks i przyjemność stawia się na pierwszym miejscu, a dopiero gdzieś daleko w tyle wnętrze człowieka i jego potrzeby, to z pełną odpowiedzialnością mówię: "Dziękuję bardzo, postoję."
I tylko czas pokaże, czy coś w tej materii się u mnie zmieni. Niemniej jednak, rewelacji nie wróżę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz