Tak pomyślałam, że jak już zaczęłam od trudnych tematów, to warto byłoby napisać o sprawie, która jest ważną częścią mojego codziennego życia.
Każda kobieta chce wyglądać i czuć się atrakcyjnie. Dobrze znamy te "noworoczne postanowienia", kiedy wydaje nam się, że karnet na siłownię i zdrowe odżywianie sprawią, że w lecie będziemy wyglądać jak modelki. Sama kilka razy podejmowałam wyzwanie, że od jutra ( to chyba jakieś podprogowe myślenie, bo niby dlaczego nie od dzisiaj?), biorę się za siebie. Treningi, najlepiej 5x w tygodniu, bo przecież czas goni. Zero słodyczy, węglowodanów prostych, gazowanych napojów i fast foodów. Szczerze? Przerabiałam to setki razy. Szkoda tylko, że zapału starczało mi najwyżej na kilka miesięcy.
Niemniej jednak, pozwolę sobie na małą dygresję. I wrażliwych albo tych co to mają słabe nerwy ostrzegam - nie będzie przyjemnie.
Klasa maturalna. Czarna zawsze dobrze się uczyła. Miała mnóstwo znajomych, wiele bliskich przyjaciółek. Żyć nie umierać. I tutaj pojawia się jedno małe "ale". Przyznaję, nigdy nie byłam specjalnie zgrabna, szczupła etc. Dlaczego? Bo jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Pomimo tego, że w krytycznym momencie osiągnęłam wagę 89kg! , słyszałam że przecież jestem wysoka, że dobrze wyglądam, że jeszcze "wyrosnę". Bullshit! Z otyłości się nie wyrasta. Problem nie znika z dnia na dzień.
Studniówka. W rzeczy samej. W okolicach października zorientowałam się (eureka!), że chyba trzeba coś ze sobą zrobić, bo nie chciałabym za 10 lat oglądać zdjęć, na których wyglądam co najmniej nieapetycznie...
No i się zaczęło. Na początku odstawiłam słodycze. Banał. Jakoś do tej pory nie specjalnie są mi potrzebne do życia. Później sport - siłownia. Kiedy zaczęło być to dla mnie bardziej przyjemne niż upokarzające jak na początku, kiedy wśród wychudzonych pań czułam się jak słoń w składzie porcelany, chodziłam na treningi nawet 6x w tygodniu. Katowałam się tam niemiłosiernie.
Po jakimś czasie zaczęłam widzieć efekty. Waga rzeczywiście spadła. Wyglądałam ok. Kiedy teraz patrzę na siebie i na to jak wyglądałam na wspomnianej studniówce - to był idealny moment żeby przestać. Ale kiedy każdy kto Cię spotyka, obsypuje Cię komplementami, że bardzo się zmieniłaś, na korzyść, to rodzi się w Tobie przekonanie, że może być jeszcze lepiej, więc dlaczego zrezygnować? I właśnie wtedy, w okolicach matury, zaczęłam odstawiać po kolei wszystko co normalnie i racjonalnie myślący człowiek je, żeby zdrowo funkcjonować. Doszło do tego, że w czasie egzaminów ważyłam niecałe 40kg, organizm powoli zaczynał wyłączać podstawowe funkcje ( kobiety wiedzą o czym mówię), a ja więcej czasu w ciągu dnia przesypiałam niż byłam w stanie zrobić cokolwiek efektywnego. Uwierzcie - do dzisiaj nie mam pojęcia jakim cudem zdałam maturę z bardzo dobrym wynikiem i dostałam się na wymarzone studia. W krytycznym momencie już sami nauczyciele zorientowali się, że coś jest chyba nie tak. Po kolei wzywali mnie na dywanik, wypytując czy mam jakieś problemy, czy oby na pewno wszystko jest ok. Oczywiście twardo twierdziłam, że wszystko jest pod kontrolą (ba!) i że to chwilowe osłabienie.
Waga spadała. Znajomi nie poznawali mnie na ulicy. Do dzisiaj wspominają, że stałam się kimś zupełnie obcym.
A ja? Myślałam, że inaczej się nie da. Że jeszcze dużo przede mną i że jeśli teraz zrezygnuję, to będzie znaczyło, że jestem po prostu beznadziejnie słaba.
I wtedy stało się coś, co pomogło mi wyjść z choroby. Nazwijmy ją tutaj po imieniu. Bo anoreksja to choroba, z którą trzeba walczyć już do końca życia. Otóż w czasie kiedy zwykła kąpiel była dla mnie czynnością awykonalną, bo po wyjściu z wanny miałam na sobie więcej siniaków niż zawodowy bokser po walce, kiedy wizyty u psychiatry, zażywanie leków antydepresyjnych i błagania mamy, żebym zjadła chociaż łyżkę rosołu nie pomogły - pewnej nocy przeżyłam prawdziwy koszmar. Obudziłam się ok 2:00 z przeraźliwym bólem w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać oddechu. Serce biło tak szybko, że wydawało mi się, że za moment wyskoczy z mojej piersi. Łzy napłynęły mi do oczu. Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałam, że jeśli teraz coś mi się stanie, to moi rodzice tego nie zniosą. Dzień w dzień widziałam ból w ich oczach. Bezsilność taty, rozpacz mamy. Jej zapłakane oczy. To była noc, kiedy postanowiłam podjąć walkę z samą sobą. To był ostatni moment, żeby podnieść się z kolan.
Z dnia na dzień, po konsultacjach lekarskich, zaczęłam wracać do żywych. Był czas, że wolałam nie patrzeć w lustro. Wiedziałam, że tyko ja sama będę w stanie sobie pomóc.
Udało się. I pomimo tego, że do dzisiaj mam chwile słabości, odzywa się we mnie głos rozsądku, który przypomina mi o tym, co tak naprawdę się dla mnie w życiu liczy. I to nie jest tak, że anoreksja przytrafia się tylko pogubionym dziewczynom, które mają za dużo wolnego czasu i zaczynają odchudzać się, żeby go jakoś zapełnić i udowodnić innym, jakie to one nie są idealne. Zawsze uważałam się za osobę w miarę inteligentną i rozsądną. Jak widać - nie ma reguły.
Poza dużym uszczerbkiem na zdrowiu, który po dziś dzień odbija mi się czkawką, jest jedna pozytywna rzecz, którą mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić po latach. Grono moich tzw."znajomych" znacznie się pomniejszyło. Wiele osób, które uważałam za przyjaciół, w czasie mojej choroby zwyczajnie się ulotniło. Nie miałam nikogo bliskiego, poza kilkoma osobami, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Nie było nikogo, kto podjąłby się tego trudnego tematu. Nie chcę tutaj nikogo oceniać, bo ludzie chyba z natury boją się tego typu sytuacji i ze zwykłego strachu wolą się odsunąć niż patrzeć z litością na to, jak ktoś dotyka dna. Ok. Nich im będzie...
A jak jest dzisiaj? Bywa różnie. Mam lepsze i gorsze chwile. Niemniej jednak staram się zdrowo odżywiać, uprawiać sport i nie myśleć za dużo o tym, co było. Jedzenie traktuję raczej jako konieczność niż prawdziwą przyjemność. Jak paliwo niezbędne do pracy. I nie przypominam sobie posiłku, w trakcie którego nie przeszłoby mi przez myśl, ile ma kalorii i czy oby nie z tłuste. Tak już mam. Bawi mnie jedynie, kiedy ktoś patrzy na mnie i myśli bądź mówi: "No, można by tutaj trochę zrzucić... Przytyło się ostatnio? .... Jedz mniej! ( ten tekst bawi mnie szczerze do łez ;) )....
Wniosek ? Nie oceniaj książki po okładce. Nigdy! Ludzie nie mają zielonego pojęcia co Ci się w życiu przytrafiło, z czym przyszło Ci się zmierzyć i ile wysiłku wkładasz w to, żeby w miarę normalnie funkcjonować w tym chorym świecie.
Kiedy słyszę jak chude laski mówią, że muszą schudnąć, bo tu im się wylewa, bo tam mają za dużo, to dostaję białej gorączki. Weźcie się nad sobą zastanówcie dziopy, bo nie wiecie co czynicie...
Na koniec dodam tylko, że do tej pory, poza kilkoma osobami z mojego bardzo bliskiego otoczenia, nikt nie wiedział o tym wszystkim. Macie święte prawo myśleć teraz o mnie co Wam się żywnie podoba. Pamiętajcie tylko o jednym - nie wszystko jest takie na jakie wygląda.
Amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz