poniedziałek, 16 marca 2015

O... Gruzji.

Dzisiaj bardziej pozytywnie, bo i temat wdzięczny i nastrój nie najgorszy.
Podejmuję się go, żeby wszystkim tym, co jeszcze nie wiedzą, albo tym, którzy ciągle po 2 latach pytają jak to się stało, że mieszkałam i pracowałam na Kaukazie, dokładnie wszystko wyjaśnić.
Ostatni rok studiów licencjackich. Praca "się pisze", egzaminy "są zdawane" i nadchodzi dzień, kiedy naszą uczelnię odwiedza Pani ze SPLOT'u z informacją, że rząd Gruzji we współpracy z Ambasadą Gruzińską, ogłasza nabór nauczycieli języka angielskiego do pracy w tamtejszych szkołach. I od razu pozwolę sobie zaznaczyć, że system edukacji w Gruzji znacznie różni się od tego w Polsce - 12 klas, wszystkie klasy w jednym budynku, później egzaminy końcowe i egzaminy wstępne na studia. Jak się później w praktyce okazało, mało kto myśli tam o podjęciu dalszej nauki. Co kraj to obyczaj, ale o tym nieco później.
W pierwszej chwili pomyślałam - gdzie jest Gruzja?! Heh... serio... mówi się, że człowiek uczy się całe życie, a i tak umrze głupi. Jestem klasycznym przykładem, że tak właśnie bywa... Po drugie, zupełnie inaczej planowała sobie najbliższą przyszłość, wiecie, z marszu magisterka, później jakaś fajna praca itd.
Szczerze nie pamiętam dokładnie jak to się stało, że jednak się zdecydowałam, ale na pewno duży wpływ na moją decyzję miały słowa mojej mamy, że to tak naprawdę ostatnia szansa, żeby się wyrwać, że jak zacznę mgr a później pracę, to nie będę miała głowy do wyjazdów. Miała, jak zawsze zresztą, rację.
Moje szczere chęci nie wystarczyły. Cały proces aplikacji, a później sprawy papierkowe ( tłumaczenia przysięgłe wszystkich możliwych dokumentów, badania, szczepienia w Krakowie, rozmowy kwalifikacyjne z Gruzinami ), wymagały ode mnie ogromnej determinacji. Udało się. Po 2 miesiącach załatwień ( praktycznie całe wakacje poświęciłam na ogarnięcie tematu), oficjalnie zakwalifikowano mnie do programu TLG ( Teach and Learn with Georgia ). Uff...
Obawy oczywiście były. Od kiedy podjęłam działania związane z wyjazdem, zaczęłam się wgłębiać w temat Gruzji, sytuacji politycznej kraju, kultury, obyczajów... Wiedziałam jedno - łatwo nie będzie. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, kto będzie chciał, może więcej na ten temat poczytać na moim profilu na fb ( Poliglotka w Gruzji - notatki - X części).
Tak czy siak, stało się. Po tygodniowym szkoleniu w Tbilisi, spotkaliśmy się (nauczyciele z różnych części świata), z naszymi "host families". Moja okazała się cudowna - do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt, a ja mam dożywotnie zaproszenie do Senaki. Tam właśnie mieszkałam ;) Wstawiam Wam mapkę z podziałem administracyjnym, żebyście mieli choć minimalne wyobrażenie gdzie podziewałam się przez rok. Region Megrelia, Zugdidi to największe miasto w tym regionie.




Cały proces aklimatyzacji do nowego klimatu, nowego jedzenia i ludzi był długi. Mogłabym o tym napisać naprawdę sporo, ale słowa i tak nie są w stanie oddać tego co czułam i było mi dane zobaczyć.
Bariera językowa - temat rzeka ;) O jaka ja byłam szczęśliwa, chyba po raz pierwszy w życiu, że jestem Polką! Gruzini Polaków uwielbiają, z wiadomych przyczyn, a co ważniejsze - język rosyjski, który zna chyba każdy z nich, znacznie ułatwił mi komunikację na samym początku mojego pobytu tam. Oni rozumieli mnie, ja ich, jakoś dawaliśmy radę. Później, kiedy ja zaczęłam uczyć ich angielskiego, a Oni mnie gruzińskiego - rozmowy nie były już dla nas żadnym problemem.
Sama praca w szkole wymagała ode mnie dużo zaangażowania i cierpliwości. Miałam swojego koordynatora - nauczyciela angielskiego, z pochodzenia Gruzinkę, Nanę. Kobieta z ogromnym sercem i pasją. Zresztą o Gruzinach można śmiało powiedzieć, że są jednym z najbardziej życzliwych i bezinteresownych ludzi pod słońcem! My, Polaczki, możemy się od nich tego uczyć...
Pisanie raportów, szkolenia, spotkania.... dużo tego było. I naiwnie wtedy myślałam, że jak wrócę do Polski, to do czegoś mi się przyda, coś mi ułatwi... guzik.
Mnóstwo imprez (gr. supra), hektolitry wina, tańce, jedzenie, przyjaciele, niezapomniane widoki... tak zapamiętam Gruzję. Kiedyś na pewno tam wrócę, chociaż na jakiś czas. Obrazy, które zostały w mojej głowie i w moim sercu są bezcenne. I ludzie. To Oni sprawili, że w tak egzotycznym kraju czułam się jak u siebie. I choć nie zawsze było kolorowo, to i tak pobyt tam jest wartością samą w sobie. Moim życiowym doświadczeniem, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Na koniec kilka zdjęć, które może choć w niewielkim stopniu oddadzą klimat Sakartvelo.
Gaumarjos!!!
Svaneti - najbardziej ortodoksyjny region.


Tbilisi - nazwa pochodzi od ciepłych źródeł które biją w samym sercu stolicy. (gr. tbili - ciepły)

Tradycyjne gruzińskie potrawy - Khinkali i nadziewane bakłażany.



Widokówka z miejsca, w którym mieszkałam. Z uwagi na zaistniałą sytuację polityczną, Senaki jest jedną z baz wojskowych. Taki widok towarzyszył mi niemal codziennie w drodze do pracy...
GAUMARJOS SAKARTVELO DA POLONETI !!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz