Korzystając z wolnej chwili, postanowiłam podzielić się z Wami wrażeniami z dzisiejszego przedpołudnia.
Chodzi o Lachy. O mój "pierwszy raz". Co prawda bez tańców, ale śpiewy w górnym C odchodziły jak się patrzy. Z okazji Niedzieli Palmowej - nomen omen do Kościoła mi jakoś ostatnim czasy nie po drodze, o czym będzie traktować osobny post - razem z zespołem śpiewaliśmy na mszy w Skansenie.
Klimat pierwsza klasa. Nie zrozumiecie chyba tego uczucia, kiedy macie zaszczyt wystąpić w prawdziwym, regionalny stroju. Pamiętam jak mniej więcej rok temu, w maju 2013, było mi dane wziąć udział w Festa dei Popoli ( Festiwal Ludzi) na Lateranie w Rzymie. Wróciły cudowne wspomnienia. Podobne emocje, podobne wrażenia. Może tylko ludzie inni... zupełnie inni. Ale o tym też napiszę przy innej okazji. Prawdopodobnie wtedy, kiedy będę miała wyjątkowo podły dzień i będę chciała wylać z siebie trochę żółci. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj był dobry dzień.
Cóż... Pewnie większość z Was nie zrozumie nigdy tej mojej całej zajawki związanej z folklorem. Sama nie do końca jestem w stanie przypomnieć sobie konkretny moment, kiedy zrodził się w mojej głowie pomysł na ten rodzaj urozmaicenia sobie życia.
Wiem jedno - jak na coś się uprę i na czymś mi naprawdę zależy, to pomimo różnych przeciwności, których nie brakuje, robię to na 200% i nie rezygnuję. Nigdy. Może kiedyś dostanę za to mocno po dupie. Może już teraz ktoś stara mi się na siłę udowodnić, że się nie nadaję. Mam to gdzieś. Robię swoje.
Za niedługo mój pierwszy wspólny wyjazd z zespołem. Mam mieszane uczucia. Co prawda bardzo chcę się zintegrować z resztą grupy, ale czasami mam wrażenie, że staram się przebić głową mur. Jak będzie? Nie wiem. Ale musi być dobrze, bo gorzej już nie będzie.
P.S. Sporo dzisiaj biegałam. Jak do tej pory, to dla mnie jeden z najbardziej skutecznych sposobów, żeby oczyścić umysł. To dla mnie swoistego rodzaju medytacja. Tylko ja i muzyka. I kilometry, których nawet nie liczę. Forma z tygodnia na tydzień coraz lepsza. Byle nie zapeszyć.
P.S.2. Pomimo tego, że ten tydzień w pracy ( w sumie to od poniedziałku do środy ) zapowiada się bardzo intensywny i stresujący, przy życiu trzyma mnie myśl, że w czwartek lecę na Święta do siostry i szwagra do Szwecji. Potrzebuję urlopu. Potrzebuję resetu.
Słowo na Niedzielę : "Uniwersalny sposób na szczęście: Albo należy zmniejszyć oczekiwania, albo zwiększyć wysiłki."
Amen.
niedziela, 29 marca 2015
czwartek, 26 marca 2015
O... nieznośnej lekkości bytu.
"Jak poradzić sobie z tą frustracją, że czujesz, że możesz i powinieneś robić tyle wspaniałych rzeczy, a nie masz siły?"
-M.Halber
Dzień 1927364. Kolejny jałowy. Kolejny bez smaku.
Praca, dom, praca, dom, próba, praca, dom. Schemat tak oczywisty i banalny, że aż przerażający. I nic pomiędzy, co przeraża mnie jeszcze bardziej.
Do tego polecony ostatnio i obejrzany film (Ask Me Anything), który na tyle skutecznie odcisnął swoje piętno na mojej i tak już nieźle zrytej psychice, że nawet psychotropy nie pomogą. Bo trochę jakby o mnie? Nie. Bo w 100% o mnie. Dzięki Panno M.
Zaczęłam od cytatu. O jakże on prawdziwy!
Potencjał? JEST.
Chęci? SĄ.
Czasu? BRAK.
Gdyby nie fakt, że jakiś czas temu zdecydowałam się na tańce, monotonia dnia codziennego totalnie by mnie dobiła. I choć przebywanie z niektórymi ludźmi na owych próbach dobijają mnie znacznie bardziej, to zawsze to jakieś urozmaicenie.
W pewnym momencie swojego życia człowiek zaczyna się zastanawiać, po co robi to co robi i czy kiedykolwiek będzie to miało na nie jakiś pozytywny wpływ.
Do tego wczorajsza rozmowa z pewnym Panem, nazwijmy go "Pan Zagdka", która uświadomiła mi, jak bardzo głęboko w dupie jestem ze swoimi problemami dnia codziennego. Pouczające lecz dołujące na maxa zarazem.
I wiecie co? Samotność też bywa męcząca. Pomimo tego, że ponad wszystko cenię sobie wolność, zaczyna mi chyba brakować kogoś, kto dzieliłby ze mną ten mały, patologiczny świat.
Nie pytajcie mnie o sens tego posta. Nie doszukujcie się drugiego dna.
To wewnętrzna potrzeba obrzydliwego ekshibicjonizmu wystukuje na klawiaturze kolejne litery. Chyba mało mam z tym wspólnego. To się po prostu dzieje.
Zły dzień. Kobietą być. To tłumaczy wszystko.
-M.Halber
Dzień 1927364. Kolejny jałowy. Kolejny bez smaku.
Praca, dom, praca, dom, próba, praca, dom. Schemat tak oczywisty i banalny, że aż przerażający. I nic pomiędzy, co przeraża mnie jeszcze bardziej.
Do tego polecony ostatnio i obejrzany film (Ask Me Anything), który na tyle skutecznie odcisnął swoje piętno na mojej i tak już nieźle zrytej psychice, że nawet psychotropy nie pomogą. Bo trochę jakby o mnie? Nie. Bo w 100% o mnie. Dzięki Panno M.
Zaczęłam od cytatu. O jakże on prawdziwy!
Potencjał? JEST.
Chęci? SĄ.
Czasu? BRAK.
Gdyby nie fakt, że jakiś czas temu zdecydowałam się na tańce, monotonia dnia codziennego totalnie by mnie dobiła. I choć przebywanie z niektórymi ludźmi na owych próbach dobijają mnie znacznie bardziej, to zawsze to jakieś urozmaicenie.
W pewnym momencie swojego życia człowiek zaczyna się zastanawiać, po co robi to co robi i czy kiedykolwiek będzie to miało na nie jakiś pozytywny wpływ.
Do tego wczorajsza rozmowa z pewnym Panem, nazwijmy go "Pan Zagdka", która uświadomiła mi, jak bardzo głęboko w dupie jestem ze swoimi problemami dnia codziennego. Pouczające lecz dołujące na maxa zarazem.
I wiecie co? Samotność też bywa męcząca. Pomimo tego, że ponad wszystko cenię sobie wolność, zaczyna mi chyba brakować kogoś, kto dzieliłby ze mną ten mały, patologiczny świat.
Nie pytajcie mnie o sens tego posta. Nie doszukujcie się drugiego dna.
To wewnętrzna potrzeba obrzydliwego ekshibicjonizmu wystukuje na klawiaturze kolejne litery. Chyba mało mam z tym wspólnego. To się po prostu dzieje.
Zły dzień. Kobietą być. To tłumaczy wszystko.
poniedziałek, 16 marca 2015
O... Gruzji.
Dzisiaj bardziej pozytywnie, bo i temat wdzięczny i nastrój nie najgorszy.
Podejmuję się go, żeby wszystkim tym, co jeszcze nie wiedzą, albo tym, którzy ciągle po 2 latach pytają jak to się stało, że mieszkałam i pracowałam na Kaukazie, dokładnie wszystko wyjaśnić.
Ostatni rok studiów licencjackich. Praca "się pisze", egzaminy "są zdawane" i nadchodzi dzień, kiedy naszą uczelnię odwiedza Pani ze SPLOT'u z informacją, że rząd Gruzji we współpracy z Ambasadą Gruzińską, ogłasza nabór nauczycieli języka angielskiego do pracy w tamtejszych szkołach. I od razu pozwolę sobie zaznaczyć, że system edukacji w Gruzji znacznie różni się od tego w Polsce - 12 klas, wszystkie klasy w jednym budynku, później egzaminy końcowe i egzaminy wstępne na studia. Jak się później w praktyce okazało, mało kto myśli tam o podjęciu dalszej nauki. Co kraj to obyczaj, ale o tym nieco później.
W pierwszej chwili pomyślałam - gdzie jest Gruzja?! Heh... serio... mówi się, że człowiek uczy się całe życie, a i tak umrze głupi. Jestem klasycznym przykładem, że tak właśnie bywa... Po drugie, zupełnie inaczej planowała sobie najbliższą przyszłość, wiecie, z marszu magisterka, później jakaś fajna praca itd.
Szczerze nie pamiętam dokładnie jak to się stało, że jednak się zdecydowałam, ale na pewno duży wpływ na moją decyzję miały słowa mojej mamy, że to tak naprawdę ostatnia szansa, żeby się wyrwać, że jak zacznę mgr a później pracę, to nie będę miała głowy do wyjazdów. Miała, jak zawsze zresztą, rację.
Moje szczere chęci nie wystarczyły. Cały proces aplikacji, a później sprawy papierkowe ( tłumaczenia przysięgłe wszystkich możliwych dokumentów, badania, szczepienia w Krakowie, rozmowy kwalifikacyjne z Gruzinami ), wymagały ode mnie ogromnej determinacji. Udało się. Po 2 miesiącach załatwień ( praktycznie całe wakacje poświęciłam na ogarnięcie tematu), oficjalnie zakwalifikowano mnie do programu TLG ( Teach and Learn with Georgia ). Uff...
Obawy oczywiście były. Od kiedy podjęłam działania związane z wyjazdem, zaczęłam się wgłębiać w temat Gruzji, sytuacji politycznej kraju, kultury, obyczajów... Wiedziałam jedno - łatwo nie będzie. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, kto będzie chciał, może więcej na ten temat poczytać na moim profilu na fb ( Poliglotka w Gruzji - notatki - X części).
Tak czy siak, stało się. Po tygodniowym szkoleniu w Tbilisi, spotkaliśmy się (nauczyciele z różnych części świata), z naszymi "host families". Moja okazała się cudowna - do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt, a ja mam dożywotnie zaproszenie do Senaki. Tam właśnie mieszkałam ;) Wstawiam Wam mapkę z podziałem administracyjnym, żebyście mieli choć minimalne wyobrażenie gdzie podziewałam się przez rok. Region Megrelia, Zugdidi to największe miasto w tym regionie.
Cały proces aklimatyzacji do nowego klimatu, nowego jedzenia i ludzi był długi. Mogłabym o tym napisać naprawdę sporo, ale słowa i tak nie są w stanie oddać tego co czułam i było mi dane zobaczyć.
Bariera językowa - temat rzeka ;) O jaka ja byłam szczęśliwa, chyba po raz pierwszy w życiu, że jestem Polką! Gruzini Polaków uwielbiają, z wiadomych przyczyn, a co ważniejsze - język rosyjski, który zna chyba każdy z nich, znacznie ułatwił mi komunikację na samym początku mojego pobytu tam. Oni rozumieli mnie, ja ich, jakoś dawaliśmy radę. Później, kiedy ja zaczęłam uczyć ich angielskiego, a Oni mnie gruzińskiego - rozmowy nie były już dla nas żadnym problemem.
Sama praca w szkole wymagała ode mnie dużo zaangażowania i cierpliwości. Miałam swojego koordynatora - nauczyciela angielskiego, z pochodzenia Gruzinkę, Nanę. Kobieta z ogromnym sercem i pasją. Zresztą o Gruzinach można śmiało powiedzieć, że są jednym z najbardziej życzliwych i bezinteresownych ludzi pod słońcem! My, Polaczki, możemy się od nich tego uczyć...
Pisanie raportów, szkolenia, spotkania.... dużo tego było. I naiwnie wtedy myślałam, że jak wrócę do Polski, to do czegoś mi się przyda, coś mi ułatwi... guzik.
Mnóstwo imprez (gr. supra), hektolitry wina, tańce, jedzenie, przyjaciele, niezapomniane widoki... tak zapamiętam Gruzję. Kiedyś na pewno tam wrócę, chociaż na jakiś czas. Obrazy, które zostały w mojej głowie i w moim sercu są bezcenne. I ludzie. To Oni sprawili, że w tak egzotycznym kraju czułam się jak u siebie. I choć nie zawsze było kolorowo, to i tak pobyt tam jest wartością samą w sobie. Moim życiowym doświadczeniem, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Na koniec kilka zdjęć, które może choć w niewielkim stopniu oddadzą klimat Sakartvelo.
Gaumarjos!!!
Svaneti - najbardziej ortodoksyjny region.
Tbilisi - nazwa pochodzi od ciepłych źródeł które biją w samym sercu stolicy. (gr. tbili - ciepły)
Tradycyjne gruzińskie potrawy - Khinkali i nadziewane bakłażany.
Widokówka z miejsca, w którym mieszkałam. Z uwagi na zaistniałą sytuację polityczną, Senaki jest jedną z baz wojskowych. Taki widok towarzyszył mi niemal codziennie w drodze do pracy...
GAUMARJOS SAKARTVELO DA POLONETI !!!
Podejmuję się go, żeby wszystkim tym, co jeszcze nie wiedzą, albo tym, którzy ciągle po 2 latach pytają jak to się stało, że mieszkałam i pracowałam na Kaukazie, dokładnie wszystko wyjaśnić.
Ostatni rok studiów licencjackich. Praca "się pisze", egzaminy "są zdawane" i nadchodzi dzień, kiedy naszą uczelnię odwiedza Pani ze SPLOT'u z informacją, że rząd Gruzji we współpracy z Ambasadą Gruzińską, ogłasza nabór nauczycieli języka angielskiego do pracy w tamtejszych szkołach. I od razu pozwolę sobie zaznaczyć, że system edukacji w Gruzji znacznie różni się od tego w Polsce - 12 klas, wszystkie klasy w jednym budynku, później egzaminy końcowe i egzaminy wstępne na studia. Jak się później w praktyce okazało, mało kto myśli tam o podjęciu dalszej nauki. Co kraj to obyczaj, ale o tym nieco później.
W pierwszej chwili pomyślałam - gdzie jest Gruzja?! Heh... serio... mówi się, że człowiek uczy się całe życie, a i tak umrze głupi. Jestem klasycznym przykładem, że tak właśnie bywa... Po drugie, zupełnie inaczej planowała sobie najbliższą przyszłość, wiecie, z marszu magisterka, później jakaś fajna praca itd.
Szczerze nie pamiętam dokładnie jak to się stało, że jednak się zdecydowałam, ale na pewno duży wpływ na moją decyzję miały słowa mojej mamy, że to tak naprawdę ostatnia szansa, żeby się wyrwać, że jak zacznę mgr a później pracę, to nie będę miała głowy do wyjazdów. Miała, jak zawsze zresztą, rację.
Moje szczere chęci nie wystarczyły. Cały proces aplikacji, a później sprawy papierkowe ( tłumaczenia przysięgłe wszystkich możliwych dokumentów, badania, szczepienia w Krakowie, rozmowy kwalifikacyjne z Gruzinami ), wymagały ode mnie ogromnej determinacji. Udało się. Po 2 miesiącach załatwień ( praktycznie całe wakacje poświęciłam na ogarnięcie tematu), oficjalnie zakwalifikowano mnie do programu TLG ( Teach and Learn with Georgia ). Uff...
Obawy oczywiście były. Od kiedy podjęłam działania związane z wyjazdem, zaczęłam się wgłębiać w temat Gruzji, sytuacji politycznej kraju, kultury, obyczajów... Wiedziałam jedno - łatwo nie będzie. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, kto będzie chciał, może więcej na ten temat poczytać na moim profilu na fb ( Poliglotka w Gruzji - notatki - X części).
Tak czy siak, stało się. Po tygodniowym szkoleniu w Tbilisi, spotkaliśmy się (nauczyciele z różnych części świata), z naszymi "host families". Moja okazała się cudowna - do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt, a ja mam dożywotnie zaproszenie do Senaki. Tam właśnie mieszkałam ;) Wstawiam Wam mapkę z podziałem administracyjnym, żebyście mieli choć minimalne wyobrażenie gdzie podziewałam się przez rok. Region Megrelia, Zugdidi to największe miasto w tym regionie.
Cały proces aklimatyzacji do nowego klimatu, nowego jedzenia i ludzi był długi. Mogłabym o tym napisać naprawdę sporo, ale słowa i tak nie są w stanie oddać tego co czułam i było mi dane zobaczyć.
Bariera językowa - temat rzeka ;) O jaka ja byłam szczęśliwa, chyba po raz pierwszy w życiu, że jestem Polką! Gruzini Polaków uwielbiają, z wiadomych przyczyn, a co ważniejsze - język rosyjski, który zna chyba każdy z nich, znacznie ułatwił mi komunikację na samym początku mojego pobytu tam. Oni rozumieli mnie, ja ich, jakoś dawaliśmy radę. Później, kiedy ja zaczęłam uczyć ich angielskiego, a Oni mnie gruzińskiego - rozmowy nie były już dla nas żadnym problemem.
Sama praca w szkole wymagała ode mnie dużo zaangażowania i cierpliwości. Miałam swojego koordynatora - nauczyciela angielskiego, z pochodzenia Gruzinkę, Nanę. Kobieta z ogromnym sercem i pasją. Zresztą o Gruzinach można śmiało powiedzieć, że są jednym z najbardziej życzliwych i bezinteresownych ludzi pod słońcem! My, Polaczki, możemy się od nich tego uczyć...
Pisanie raportów, szkolenia, spotkania.... dużo tego było. I naiwnie wtedy myślałam, że jak wrócę do Polski, to do czegoś mi się przyda, coś mi ułatwi... guzik.
Mnóstwo imprez (gr. supra), hektolitry wina, tańce, jedzenie, przyjaciele, niezapomniane widoki... tak zapamiętam Gruzję. Kiedyś na pewno tam wrócę, chociaż na jakiś czas. Obrazy, które zostały w mojej głowie i w moim sercu są bezcenne. I ludzie. To Oni sprawili, że w tak egzotycznym kraju czułam się jak u siebie. I choć nie zawsze było kolorowo, to i tak pobyt tam jest wartością samą w sobie. Moim życiowym doświadczeniem, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Na koniec kilka zdjęć, które może choć w niewielkim stopniu oddadzą klimat Sakartvelo.
Gaumarjos!!!
Svaneti - najbardziej ortodoksyjny region.
Tbilisi - nazwa pochodzi od ciepłych źródeł które biją w samym sercu stolicy. (gr. tbili - ciepły)
Tradycyjne gruzińskie potrawy - Khinkali i nadziewane bakłażany.
Widokówka z miejsca, w którym mieszkałam. Z uwagi na zaistniałą sytuację polityczną, Senaki jest jedną z baz wojskowych. Taki widok towarzyszył mi niemal codziennie w drodze do pracy...
GAUMARJOS SAKARTVELO DA POLONETI !!!
wtorek, 10 marca 2015
O zdrowym rozsądku.
Tak pomyślałam, że jak już zaczęłam od trudnych tematów, to warto byłoby napisać o sprawie, która jest ważną częścią mojego codziennego życia.
Każda kobieta chce wyglądać i czuć się atrakcyjnie. Dobrze znamy te "noworoczne postanowienia", kiedy wydaje nam się, że karnet na siłownię i zdrowe odżywianie sprawią, że w lecie będziemy wyglądać jak modelki. Sama kilka razy podejmowałam wyzwanie, że od jutra ( to chyba jakieś podprogowe myślenie, bo niby dlaczego nie od dzisiaj?), biorę się za siebie. Treningi, najlepiej 5x w tygodniu, bo przecież czas goni. Zero słodyczy, węglowodanów prostych, gazowanych napojów i fast foodów. Szczerze? Przerabiałam to setki razy. Szkoda tylko, że zapału starczało mi najwyżej na kilka miesięcy.
Niemniej jednak, pozwolę sobie na małą dygresję. I wrażliwych albo tych co to mają słabe nerwy ostrzegam - nie będzie przyjemnie.
Klasa maturalna. Czarna zawsze dobrze się uczyła. Miała mnóstwo znajomych, wiele bliskich przyjaciółek. Żyć nie umierać. I tutaj pojawia się jedno małe "ale". Przyznaję, nigdy nie byłam specjalnie zgrabna, szczupła etc. Dlaczego? Bo jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Pomimo tego, że w krytycznym momencie osiągnęłam wagę 89kg! , słyszałam że przecież jestem wysoka, że dobrze wyglądam, że jeszcze "wyrosnę". Bullshit! Z otyłości się nie wyrasta. Problem nie znika z dnia na dzień.
Studniówka. W rzeczy samej. W okolicach października zorientowałam się (eureka!), że chyba trzeba coś ze sobą zrobić, bo nie chciałabym za 10 lat oglądać zdjęć, na których wyglądam co najmniej nieapetycznie...
No i się zaczęło. Na początku odstawiłam słodycze. Banał. Jakoś do tej pory nie specjalnie są mi potrzebne do życia. Później sport - siłownia. Kiedy zaczęło być to dla mnie bardziej przyjemne niż upokarzające jak na początku, kiedy wśród wychudzonych pań czułam się jak słoń w składzie porcelany, chodziłam na treningi nawet 6x w tygodniu. Katowałam się tam niemiłosiernie.
Po jakimś czasie zaczęłam widzieć efekty. Waga rzeczywiście spadła. Wyglądałam ok. Kiedy teraz patrzę na siebie i na to jak wyglądałam na wspomnianej studniówce - to był idealny moment żeby przestać. Ale kiedy każdy kto Cię spotyka, obsypuje Cię komplementami, że bardzo się zmieniłaś, na korzyść, to rodzi się w Tobie przekonanie, że może być jeszcze lepiej, więc dlaczego zrezygnować? I właśnie wtedy, w okolicach matury, zaczęłam odstawiać po kolei wszystko co normalnie i racjonalnie myślący człowiek je, żeby zdrowo funkcjonować. Doszło do tego, że w czasie egzaminów ważyłam niecałe 40kg, organizm powoli zaczynał wyłączać podstawowe funkcje ( kobiety wiedzą o czym mówię), a ja więcej czasu w ciągu dnia przesypiałam niż byłam w stanie zrobić cokolwiek efektywnego. Uwierzcie - do dzisiaj nie mam pojęcia jakim cudem zdałam maturę z bardzo dobrym wynikiem i dostałam się na wymarzone studia. W krytycznym momencie już sami nauczyciele zorientowali się, że coś jest chyba nie tak. Po kolei wzywali mnie na dywanik, wypytując czy mam jakieś problemy, czy oby na pewno wszystko jest ok. Oczywiście twardo twierdziłam, że wszystko jest pod kontrolą (ba!) i że to chwilowe osłabienie.
Waga spadała. Znajomi nie poznawali mnie na ulicy. Do dzisiaj wspominają, że stałam się kimś zupełnie obcym.
A ja? Myślałam, że inaczej się nie da. Że jeszcze dużo przede mną i że jeśli teraz zrezygnuję, to będzie znaczyło, że jestem po prostu beznadziejnie słaba.
I wtedy stało się coś, co pomogło mi wyjść z choroby. Nazwijmy ją tutaj po imieniu. Bo anoreksja to choroba, z którą trzeba walczyć już do końca życia. Otóż w czasie kiedy zwykła kąpiel była dla mnie czynnością awykonalną, bo po wyjściu z wanny miałam na sobie więcej siniaków niż zawodowy bokser po walce, kiedy wizyty u psychiatry, zażywanie leków antydepresyjnych i błagania mamy, żebym zjadła chociaż łyżkę rosołu nie pomogły - pewnej nocy przeżyłam prawdziwy koszmar. Obudziłam się ok 2:00 z przeraźliwym bólem w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać oddechu. Serce biło tak szybko, że wydawało mi się, że za moment wyskoczy z mojej piersi. Łzy napłynęły mi do oczu. Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałam, że jeśli teraz coś mi się stanie, to moi rodzice tego nie zniosą. Dzień w dzień widziałam ból w ich oczach. Bezsilność taty, rozpacz mamy. Jej zapłakane oczy. To była noc, kiedy postanowiłam podjąć walkę z samą sobą. To był ostatni moment, żeby podnieść się z kolan.
Z dnia na dzień, po konsultacjach lekarskich, zaczęłam wracać do żywych. Był czas, że wolałam nie patrzeć w lustro. Wiedziałam, że tyko ja sama będę w stanie sobie pomóc.
Udało się. I pomimo tego, że do dzisiaj mam chwile słabości, odzywa się we mnie głos rozsądku, który przypomina mi o tym, co tak naprawdę się dla mnie w życiu liczy. I to nie jest tak, że anoreksja przytrafia się tylko pogubionym dziewczynom, które mają za dużo wolnego czasu i zaczynają odchudzać się, żeby go jakoś zapełnić i udowodnić innym, jakie to one nie są idealne. Zawsze uważałam się za osobę w miarę inteligentną i rozsądną. Jak widać - nie ma reguły.
Poza dużym uszczerbkiem na zdrowiu, który po dziś dzień odbija mi się czkawką, jest jedna pozytywna rzecz, którą mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić po latach. Grono moich tzw."znajomych" znacznie się pomniejszyło. Wiele osób, które uważałam za przyjaciół, w czasie mojej choroby zwyczajnie się ulotniło. Nie miałam nikogo bliskiego, poza kilkoma osobami, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Nie było nikogo, kto podjąłby się tego trudnego tematu. Nie chcę tutaj nikogo oceniać, bo ludzie chyba z natury boją się tego typu sytuacji i ze zwykłego strachu wolą się odsunąć niż patrzeć z litością na to, jak ktoś dotyka dna. Ok. Nich im będzie...
A jak jest dzisiaj? Bywa różnie. Mam lepsze i gorsze chwile. Niemniej jednak staram się zdrowo odżywiać, uprawiać sport i nie myśleć za dużo o tym, co było. Jedzenie traktuję raczej jako konieczność niż prawdziwą przyjemność. Jak paliwo niezbędne do pracy. I nie przypominam sobie posiłku, w trakcie którego nie przeszłoby mi przez myśl, ile ma kalorii i czy oby nie z tłuste. Tak już mam. Bawi mnie jedynie, kiedy ktoś patrzy na mnie i myśli bądź mówi: "No, można by tutaj trochę zrzucić... Przytyło się ostatnio? .... Jedz mniej! ( ten tekst bawi mnie szczerze do łez ;) )....
Wniosek ? Nie oceniaj książki po okładce. Nigdy! Ludzie nie mają zielonego pojęcia co Ci się w życiu przytrafiło, z czym przyszło Ci się zmierzyć i ile wysiłku wkładasz w to, żeby w miarę normalnie funkcjonować w tym chorym świecie.
Kiedy słyszę jak chude laski mówią, że muszą schudnąć, bo tu im się wylewa, bo tam mają za dużo, to dostaję białej gorączki. Weźcie się nad sobą zastanówcie dziopy, bo nie wiecie co czynicie...
Na koniec dodam tylko, że do tej pory, poza kilkoma osobami z mojego bardzo bliskiego otoczenia, nikt nie wiedział o tym wszystkim. Macie święte prawo myśleć teraz o mnie co Wam się żywnie podoba. Pamiętajcie tylko o jednym - nie wszystko jest takie na jakie wygląda.
Amen.
Każda kobieta chce wyglądać i czuć się atrakcyjnie. Dobrze znamy te "noworoczne postanowienia", kiedy wydaje nam się, że karnet na siłownię i zdrowe odżywianie sprawią, że w lecie będziemy wyglądać jak modelki. Sama kilka razy podejmowałam wyzwanie, że od jutra ( to chyba jakieś podprogowe myślenie, bo niby dlaczego nie od dzisiaj?), biorę się za siebie. Treningi, najlepiej 5x w tygodniu, bo przecież czas goni. Zero słodyczy, węglowodanów prostych, gazowanych napojów i fast foodów. Szczerze? Przerabiałam to setki razy. Szkoda tylko, że zapału starczało mi najwyżej na kilka miesięcy.
Niemniej jednak, pozwolę sobie na małą dygresję. I wrażliwych albo tych co to mają słabe nerwy ostrzegam - nie będzie przyjemnie.
Klasa maturalna. Czarna zawsze dobrze się uczyła. Miała mnóstwo znajomych, wiele bliskich przyjaciółek. Żyć nie umierać. I tutaj pojawia się jedno małe "ale". Przyznaję, nigdy nie byłam specjalnie zgrabna, szczupła etc. Dlaczego? Bo jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Pomimo tego, że w krytycznym momencie osiągnęłam wagę 89kg! , słyszałam że przecież jestem wysoka, że dobrze wyglądam, że jeszcze "wyrosnę". Bullshit! Z otyłości się nie wyrasta. Problem nie znika z dnia na dzień.
Studniówka. W rzeczy samej. W okolicach października zorientowałam się (eureka!), że chyba trzeba coś ze sobą zrobić, bo nie chciałabym za 10 lat oglądać zdjęć, na których wyglądam co najmniej nieapetycznie...
No i się zaczęło. Na początku odstawiłam słodycze. Banał. Jakoś do tej pory nie specjalnie są mi potrzebne do życia. Później sport - siłownia. Kiedy zaczęło być to dla mnie bardziej przyjemne niż upokarzające jak na początku, kiedy wśród wychudzonych pań czułam się jak słoń w składzie porcelany, chodziłam na treningi nawet 6x w tygodniu. Katowałam się tam niemiłosiernie.
Po jakimś czasie zaczęłam widzieć efekty. Waga rzeczywiście spadła. Wyglądałam ok. Kiedy teraz patrzę na siebie i na to jak wyglądałam na wspomnianej studniówce - to był idealny moment żeby przestać. Ale kiedy każdy kto Cię spotyka, obsypuje Cię komplementami, że bardzo się zmieniłaś, na korzyść, to rodzi się w Tobie przekonanie, że może być jeszcze lepiej, więc dlaczego zrezygnować? I właśnie wtedy, w okolicach matury, zaczęłam odstawiać po kolei wszystko co normalnie i racjonalnie myślący człowiek je, żeby zdrowo funkcjonować. Doszło do tego, że w czasie egzaminów ważyłam niecałe 40kg, organizm powoli zaczynał wyłączać podstawowe funkcje ( kobiety wiedzą o czym mówię), a ja więcej czasu w ciągu dnia przesypiałam niż byłam w stanie zrobić cokolwiek efektywnego. Uwierzcie - do dzisiaj nie mam pojęcia jakim cudem zdałam maturę z bardzo dobrym wynikiem i dostałam się na wymarzone studia. W krytycznym momencie już sami nauczyciele zorientowali się, że coś jest chyba nie tak. Po kolei wzywali mnie na dywanik, wypytując czy mam jakieś problemy, czy oby na pewno wszystko jest ok. Oczywiście twardo twierdziłam, że wszystko jest pod kontrolą (ba!) i że to chwilowe osłabienie.
Waga spadała. Znajomi nie poznawali mnie na ulicy. Do dzisiaj wspominają, że stałam się kimś zupełnie obcym.
A ja? Myślałam, że inaczej się nie da. Że jeszcze dużo przede mną i że jeśli teraz zrezygnuję, to będzie znaczyło, że jestem po prostu beznadziejnie słaba.
I wtedy stało się coś, co pomogło mi wyjść z choroby. Nazwijmy ją tutaj po imieniu. Bo anoreksja to choroba, z którą trzeba walczyć już do końca życia. Otóż w czasie kiedy zwykła kąpiel była dla mnie czynnością awykonalną, bo po wyjściu z wanny miałam na sobie więcej siniaków niż zawodowy bokser po walce, kiedy wizyty u psychiatry, zażywanie leków antydepresyjnych i błagania mamy, żebym zjadła chociaż łyżkę rosołu nie pomogły - pewnej nocy przeżyłam prawdziwy koszmar. Obudziłam się ok 2:00 z przeraźliwym bólem w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać oddechu. Serce biło tak szybko, że wydawało mi się, że za moment wyskoczy z mojej piersi. Łzy napłynęły mi do oczu. Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałam, że jeśli teraz coś mi się stanie, to moi rodzice tego nie zniosą. Dzień w dzień widziałam ból w ich oczach. Bezsilność taty, rozpacz mamy. Jej zapłakane oczy. To była noc, kiedy postanowiłam podjąć walkę z samą sobą. To był ostatni moment, żeby podnieść się z kolan.
Z dnia na dzień, po konsultacjach lekarskich, zaczęłam wracać do żywych. Był czas, że wolałam nie patrzeć w lustro. Wiedziałam, że tyko ja sama będę w stanie sobie pomóc.
Udało się. I pomimo tego, że do dzisiaj mam chwile słabości, odzywa się we mnie głos rozsądku, który przypomina mi o tym, co tak naprawdę się dla mnie w życiu liczy. I to nie jest tak, że anoreksja przytrafia się tylko pogubionym dziewczynom, które mają za dużo wolnego czasu i zaczynają odchudzać się, żeby go jakoś zapełnić i udowodnić innym, jakie to one nie są idealne. Zawsze uważałam się za osobę w miarę inteligentną i rozsądną. Jak widać - nie ma reguły.
Poza dużym uszczerbkiem na zdrowiu, który po dziś dzień odbija mi się czkawką, jest jedna pozytywna rzecz, którą mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić po latach. Grono moich tzw."znajomych" znacznie się pomniejszyło. Wiele osób, które uważałam za przyjaciół, w czasie mojej choroby zwyczajnie się ulotniło. Nie miałam nikogo bliskiego, poza kilkoma osobami, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Nie było nikogo, kto podjąłby się tego trudnego tematu. Nie chcę tutaj nikogo oceniać, bo ludzie chyba z natury boją się tego typu sytuacji i ze zwykłego strachu wolą się odsunąć niż patrzeć z litością na to, jak ktoś dotyka dna. Ok. Nich im będzie...
A jak jest dzisiaj? Bywa różnie. Mam lepsze i gorsze chwile. Niemniej jednak staram się zdrowo odżywiać, uprawiać sport i nie myśleć za dużo o tym, co było. Jedzenie traktuję raczej jako konieczność niż prawdziwą przyjemność. Jak paliwo niezbędne do pracy. I nie przypominam sobie posiłku, w trakcie którego nie przeszłoby mi przez myśl, ile ma kalorii i czy oby nie z tłuste. Tak już mam. Bawi mnie jedynie, kiedy ktoś patrzy na mnie i myśli bądź mówi: "No, można by tutaj trochę zrzucić... Przytyło się ostatnio? .... Jedz mniej! ( ten tekst bawi mnie szczerze do łez ;) )....
Wniosek ? Nie oceniaj książki po okładce. Nigdy! Ludzie nie mają zielonego pojęcia co Ci się w życiu przytrafiło, z czym przyszło Ci się zmierzyć i ile wysiłku wkładasz w to, żeby w miarę normalnie funkcjonować w tym chorym świecie.
Kiedy słyszę jak chude laski mówią, że muszą schudnąć, bo tu im się wylewa, bo tam mają za dużo, to dostaję białej gorączki. Weźcie się nad sobą zastanówcie dziopy, bo nie wiecie co czynicie...
Na koniec dodam tylko, że do tej pory, poza kilkoma osobami z mojego bardzo bliskiego otoczenia, nikt nie wiedział o tym wszystkim. Macie święte prawo myśleć teraz o mnie co Wam się żywnie podoba. Pamiętajcie tylko o jednym - nie wszystko jest takie na jakie wygląda.
Amen.
poniedziałek, 9 marca 2015
O związkch.
"Gdy miło się szczęście, które się nie trafia: czyjeś ciało i ziemię całą, a zostanie tylko fotografia, to - to jest bardzo mało."
- M. Pawlikowska - Jasnorzewska.
Miałam dzisiaj napisać o czym zupełnie innym. Miało być miło i optymistycznie. Niestety, albo stety, miniony weekend zrodził we mnie refleksję na temat minionych lat i tego, co do niedawna było w moim życiu tematem tabu. Faceci.
Osobiście uważam, i tutaj pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą (na szczęście to mój blog i mogę pisać o czym tylko chcę), prawdziwie kochać można tylko raz. Wszystko co przychodzi później, to tylko marna imitacja miłości, próba zastąpienia pustki chwilowym uniesieniem, gonienie króliczka który już raz wymknął nam się z rąk.
Czy ja byłam kiedyś zakochana? Byłam. Czy to była prawdziwa miłość? Z mojej strony na pewno. Wspólne plany, marzenia, budowanie razem czegoś na fundamencie zaufania. Tak być powinno. Ale niestety nie było. Gdyby ktoś 2 lata temu powiedział mi, że owa "miłość" zamieni się w prawdziwy koszmar - byłabym skłonna zabić.
Nie chcę rozpisywać się tutaj na temat, który jest tak bardzo trudny, że aż boli. Mówi się, że czas leczy rany, ale blizny pozostają. I nie chcę robić z siebie teraz kobiety po przejściach, która dlatego, że nie wyszło jej z jakimś frajerem, użala się nad sobą i postanowiła do końca życia grać twardą i niedostępną.
Prób wejścia z kimś w bliską relację było ostatnimi czasy kilka. Wszystkie nieudane. I nie wiem czyja to wina. Być może moja, bo nie jestem w stanie zaufać na tyle, żeby całkowicie się ponieść uczuciu? Może trafiam na samych "trudnych" mężczyzn?
Doraźne zaspokajanie swoich wewnętrznych potrzeb mam opanowane do perfekcji. Po mistrzowsku wręcz owijam sobie wokół palca kogoś, na kim choć minimalnie mi zależy. Kogoś kto ma potencjał, żeby ze mną być. Ale w momencie, kiedy widzę, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli, kiedy robi się zbyt poważnie i bardzo serio, wycofuję się. Taki odruch bezwarunkowy.
To nie jest tak, że nie chcę. Gdzieś głęboko w środku... no dobra, gdzieś baaaardzo głęboko, tkwi we mnie marznie o stworzeniu normalnego, zdrowego związku. Ale wiecie co? Nic na siłę.
I tutaj sprytnie nawiążę do wspomnianego minionego weekendu. 2 imprezy rodzinne, 2 sytuacje, kiedy z uśmiechem na ustach musiałam tłumaczyć się, dlaczego tyle czasu jestem sama, dlaczego nie mam chłopaka i dlaczego raczej go mieć nie zamierzam. Przynajmniej na razie. Nie ma nic bardziej żenującego i upokarzającego, kiedy po raz setny starasz się udowodnić innym, że jest Ci dobrze tak jak jest. Że bycie z kimś to nie jest w tym momencie Twój życiowy cel. Jak to mówią: "Kiedy nic mi już w życiu nie wyjdzie, to wyjdę za mąż."
Nigdy nie mów nigdy. Jasne. Ale wolę opcję "tymczasowo niezainteresowana" niż "desperacko szukająca Księcia z bajki".
I jeszcze jedno - to irytujące stwierdzenie, że skoro ładna (kwestia gustu), mądra i sama, to znaczy, że na bank coś z nią jest nie tak. Żal...
Podsumowując - może to kwestia wrażliwości? Może szukanie dziury w całym? Jak do tej pory, poza tym jednym tragicznym w skutkach związku, nie było mi dane spotkać kogoś na tyle wartościowego, żebym była w stanie dzielić z Nim mój świat? Czy taki kiedyś będzie? Nie wiem. Ale jak tak sobie obserwuję co dzieje się wokoło, gdzie seks i przyjemność stawia się na pierwszym miejscu, a dopiero gdzieś daleko w tyle wnętrze człowieka i jego potrzeby, to z pełną odpowiedzialnością mówię: "Dziękuję bardzo, postoję."
I tylko czas pokaże, czy coś w tej materii się u mnie zmieni. Niemniej jednak, rewelacji nie wróżę.
- M. Pawlikowska - Jasnorzewska.
Miałam dzisiaj napisać o czym zupełnie innym. Miało być miło i optymistycznie. Niestety, albo stety, miniony weekend zrodził we mnie refleksję na temat minionych lat i tego, co do niedawna było w moim życiu tematem tabu. Faceci.
Osobiście uważam, i tutaj pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą (na szczęście to mój blog i mogę pisać o czym tylko chcę), prawdziwie kochać można tylko raz. Wszystko co przychodzi później, to tylko marna imitacja miłości, próba zastąpienia pustki chwilowym uniesieniem, gonienie króliczka który już raz wymknął nam się z rąk.
Czy ja byłam kiedyś zakochana? Byłam. Czy to była prawdziwa miłość? Z mojej strony na pewno. Wspólne plany, marzenia, budowanie razem czegoś na fundamencie zaufania. Tak być powinno. Ale niestety nie było. Gdyby ktoś 2 lata temu powiedział mi, że owa "miłość" zamieni się w prawdziwy koszmar - byłabym skłonna zabić.
Nie chcę rozpisywać się tutaj na temat, który jest tak bardzo trudny, że aż boli. Mówi się, że czas leczy rany, ale blizny pozostają. I nie chcę robić z siebie teraz kobiety po przejściach, która dlatego, że nie wyszło jej z jakimś frajerem, użala się nad sobą i postanowiła do końca życia grać twardą i niedostępną.
Prób wejścia z kimś w bliską relację było ostatnimi czasy kilka. Wszystkie nieudane. I nie wiem czyja to wina. Być może moja, bo nie jestem w stanie zaufać na tyle, żeby całkowicie się ponieść uczuciu? Może trafiam na samych "trudnych" mężczyzn?
Doraźne zaspokajanie swoich wewnętrznych potrzeb mam opanowane do perfekcji. Po mistrzowsku wręcz owijam sobie wokół palca kogoś, na kim choć minimalnie mi zależy. Kogoś kto ma potencjał, żeby ze mną być. Ale w momencie, kiedy widzę, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli, kiedy robi się zbyt poważnie i bardzo serio, wycofuję się. Taki odruch bezwarunkowy.
To nie jest tak, że nie chcę. Gdzieś głęboko w środku... no dobra, gdzieś baaaardzo głęboko, tkwi we mnie marznie o stworzeniu normalnego, zdrowego związku. Ale wiecie co? Nic na siłę.
I tutaj sprytnie nawiążę do wspomnianego minionego weekendu. 2 imprezy rodzinne, 2 sytuacje, kiedy z uśmiechem na ustach musiałam tłumaczyć się, dlaczego tyle czasu jestem sama, dlaczego nie mam chłopaka i dlaczego raczej go mieć nie zamierzam. Przynajmniej na razie. Nie ma nic bardziej żenującego i upokarzającego, kiedy po raz setny starasz się udowodnić innym, że jest Ci dobrze tak jak jest. Że bycie z kimś to nie jest w tym momencie Twój życiowy cel. Jak to mówią: "Kiedy nic mi już w życiu nie wyjdzie, to wyjdę za mąż."
Nigdy nie mów nigdy. Jasne. Ale wolę opcję "tymczasowo niezainteresowana" niż "desperacko szukająca Księcia z bajki".
I jeszcze jedno - to irytujące stwierdzenie, że skoro ładna (kwestia gustu), mądra i sama, to znaczy, że na bank coś z nią jest nie tak. Żal...
Podsumowując - może to kwestia wrażliwości? Może szukanie dziury w całym? Jak do tej pory, poza tym jednym tragicznym w skutkach związku, nie było mi dane spotkać kogoś na tyle wartościowego, żebym była w stanie dzielić z Nim mój świat? Czy taki kiedyś będzie? Nie wiem. Ale jak tak sobie obserwuję co dzieje się wokoło, gdzie seks i przyjemność stawia się na pierwszym miejscu, a dopiero gdzieś daleko w tyle wnętrze człowieka i jego potrzeby, to z pełną odpowiedzialnością mówię: "Dziękuję bardzo, postoję."
I tylko czas pokaże, czy coś w tej materii się u mnie zmieni. Niemniej jednak, rewelacji nie wróżę.
piątek, 6 marca 2015
O mnie.
Mówi się, że najtrudniej jest przedstawić siebie w sposób obiektywny. Niniejszym oświadczam - nawet nie będę próbować. Wszystko o czym napiszę na tym blogu, będzie miało charakter czysto subiektywny, bezlitosny, szczery i niekiedy sprzeczny z ogólnie przyjętym sposobem rozumowania.Taka jestem.
Nauczycielka z powołania, czasami tylko zmęczona niechęcią i oporem uczniów. Ale wiecie co? Lubię to! I choć początki nie były łatwe, tkwi w mojej głowie głębokie przekonanie, że ciągle warto się starać. Bo przecież zawsze trzeba mieć nadzieję, że choć kilka osób zarazi się tą Twoją pasją do języków obcych. Że kiedyś pomyśli o Tobie, że fajnie, że byłaś. Że po coś mi to w życiu jednak potrzebne. I nawet wtedy, kiedy w Gruzji, gdzie przez rok prowadziłam zajęcia dla tamtejszych dzieci czasami płakałam, że chcę wracać, bo albo prądu nie ma i w zimie trzeba było spać w kurtce żeby nie zamarznąć, albo wtedy, kiedy pisałam swoją pracę magisterską noc w noc przez 12h bo w ciągu dnia dorabiałam sobie na studia - było kurde warto!
Obsesyjnie dążąca do osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. Nawet po trupach. A kiedy nie wychodzi, obsesyjnie dążąca do unicestwienia napotkanych przeszkód.
Szukająca nowych wyzwań. Kto w dzisiejszych czasach z własnej, nieprzymuszonej woli wstaje o 5:30, zakłada sportowe obuwie i biega długie kilometry aż mięśnie palą żywym ogniem z przetrenowania ? Kto wbrew opinii, że to już nie wypada, że jestem za stara i że to niemodne decyduje się na zajęcia tańca regionalnego w jednej z najbardziej wymagających i prestiżowych grup tanecznych w mieście? I co z tego, że prościej byłoby zacząć od podstaw, w jakimś gminnym ośrodku kultury, bez presji otoczenia, że muszę być dobra żeby dotrzymać tempa ludziom, którzy tańczą od 20 lat? Kto w końcu od kilkunastu dobrych lat, po przebytej chorobie, dzień w dzień zmaga się ze swoimi słabościami, swoją wagą, swoimi upadkami by znowu się podnieść i z uniesioną głową iść przez życie?
Ten blog nie będzie pisany po to, żeby komuś zrobić dobrze słowem. Ten blog będzie pisany po to, żeby każdy kto go przeczyta spojrzał na świat z perspektywy kobiety nietypowej, nieoczywistej, nieodgadnionej.
Bo Ci, którzy myślą że mnie dobrze znają, mogą się trochę zdziwić czytając kolejne wpisy których tu dokonam.
Cytując klasyka:"Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba."
Amen.
Nauczycielka z powołania, czasami tylko zmęczona niechęcią i oporem uczniów. Ale wiecie co? Lubię to! I choć początki nie były łatwe, tkwi w mojej głowie głębokie przekonanie, że ciągle warto się starać. Bo przecież zawsze trzeba mieć nadzieję, że choć kilka osób zarazi się tą Twoją pasją do języków obcych. Że kiedyś pomyśli o Tobie, że fajnie, że byłaś. Że po coś mi to w życiu jednak potrzebne. I nawet wtedy, kiedy w Gruzji, gdzie przez rok prowadziłam zajęcia dla tamtejszych dzieci czasami płakałam, że chcę wracać, bo albo prądu nie ma i w zimie trzeba było spać w kurtce żeby nie zamarznąć, albo wtedy, kiedy pisałam swoją pracę magisterską noc w noc przez 12h bo w ciągu dnia dorabiałam sobie na studia - było kurde warto!
Obsesyjnie dążąca do osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. Nawet po trupach. A kiedy nie wychodzi, obsesyjnie dążąca do unicestwienia napotkanych przeszkód.
Szukająca nowych wyzwań. Kto w dzisiejszych czasach z własnej, nieprzymuszonej woli wstaje o 5:30, zakłada sportowe obuwie i biega długie kilometry aż mięśnie palą żywym ogniem z przetrenowania ? Kto wbrew opinii, że to już nie wypada, że jestem za stara i że to niemodne decyduje się na zajęcia tańca regionalnego w jednej z najbardziej wymagających i prestiżowych grup tanecznych w mieście? I co z tego, że prościej byłoby zacząć od podstaw, w jakimś gminnym ośrodku kultury, bez presji otoczenia, że muszę być dobra żeby dotrzymać tempa ludziom, którzy tańczą od 20 lat? Kto w końcu od kilkunastu dobrych lat, po przebytej chorobie, dzień w dzień zmaga się ze swoimi słabościami, swoją wagą, swoimi upadkami by znowu się podnieść i z uniesioną głową iść przez życie?
Ten blog nie będzie pisany po to, żeby komuś zrobić dobrze słowem. Ten blog będzie pisany po to, żeby każdy kto go przeczyta spojrzał na świat z perspektywy kobiety nietypowej, nieoczywistej, nieodgadnionej.
Bo Ci, którzy myślą że mnie dobrze znają, mogą się trochę zdziwić czytając kolejne wpisy których tu dokonam.
Cytując klasyka:"Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba."
Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







